Wszystko za K2

Oswald Rodrigo Pereira – Dziennikarz. Biegacz i biegowy bloger #wildfortherun, ultramaratończyk, triathlonista. Tłumacz i freelancer. Uczestnik Narodowej Zimowej Wyprawy na K2.

Oswald byłeś na wyjątkowej wyprawie pod K2. Przez dwa miesiące poprzedzające ten wyjazd, ciężko trenowałeś w Polsce. Jak przygotowywałeś się do tej wyprawy?
Decyzję, że mogę pojechać z wyprawą, otrzymałem w połowie grudnia. Już wtedy wiedziałem, że chcę wylecieć w połowie lutego, bo wtedy była realna szansa na atak szczytowy. Przede mną były dwa miesiące ciężkich przygotowań, które musiałem łączyć z normalną zawodową pracą. Chciałem maksymalnie wykorzystać ten czas, aby dobrze przygotować się pod względem kondycyjnym, fizycznym i logistycznym.
Pierwsze, co zrobiłem, to doradziłem się swojego trenera biegowego, który mnie prowadzi – Piotra Hercoga. Czy w ogóle fizycznie i kondycyjnie jestem, w stanie dotrzeć do bazy pod K2? Czy nie będę miał żadnych problemów zdrowotnych? Trener powiedział, że mój poziom wytrenowania pozwala wierzyć, że na 5000 metrów w Karakorum, będę czuł się dobrze. Mimo wszystko zmieniliśmy plan treningowy. Zacząłem trenować i przygotowywać się pod ten wyjazd. W każdej wolnej chwili wyjeżdżałem w Tatry. Tam robiłem swój trening, wieczorem jechałem do Krakowa i trenowałem dalej w komorze hipoksyjnej, w której także spałem. Z samego rana pobudka i jeszcze jeden trening, a o godzinie 11 już musiałem być w Warszawie, w pracy. Miałem takie cykle, gdzie musiałem funkcjonować na 200%. Oprócz tych mikrocyklów trenowałem dalej biegi i spałem przez miesiąc w namiocie hipoksyjnym. Ten namiot rozłożyłem u siebie w mieszkaniu i po prostu codziennie szedłem do niego spać… To jest wyjątkowy namiot, który jest szczelny i poza nim ustawia się agregat, który generuje azot, zmniejszając zawartość tlenu w samym namiocie. Dzięki tej regulacji możemy idealnie dostosować wysokość, na której śpimy. Co parę dni zwiększałem sobie wysokość, co 300 metrów, także jadąc już do Pakistanu, spałem „teoretycznie” na wysokości 5000 metrów. Równolegle do treningów, musiałem szykować swój ekwipunek na wyjazd w Karakorum. Niestety nie miałem zbyt dużych środków finansowych na zakup potrzebnego sprzętu. Dlatego sporo rzeczy pożyczyłem, po to, aby zminimalizować wydatki. Oczywiście musiałem także przygotować sprzęt telewizyjny, tak aby móc codziennie relacjonować wydarzenia z wyprawy dla widzów Telewizji Polskiej. Trzeba było podjąć trudne decyzje, jaką kamerę ze sobą zabrać, jaki zestaw mikrofonów będzie dla mnie przydatny na miejscu, czym w końcu będę nagrywał materiały i relacje z obozu pod K2? Na szczęście tutaj bardzo dużo podpowiedział mi Darek Załuski, który jest operatorem filmowym. Był z tą wyprawą, poznałem go dużo wcześniej, więc doradził mi, co warto zabrać w Karakorum.

A jak poradziłeś sobie z tak dużym ciężarem i obciążeniem, w drodze do polskiego obozu pod K2?
Niestety miałem tylko jednego tragarza. Bo tak umówiłem się z firmą trekkingową, żeby zminimalizować koszty mojej wyprawy. Na miejscu w Pakistanie, okazało się, że mam tylko jednego tragarza i muszę nieść na swoich plecach ekwipunek, który ważył 20 kg. To mnie w żaden sposób nie złamało, poradziłem sobie i dotarłem do polskiej bazy pod K2. Myślę, że jest to kwestia wytrenowania, psychiki, a może samego nastawienia, że jadę tam z jakimś zadaniem do zrealizowania. Miałem także świadomość, że nie będzie to łatwe zadanie, bo środowisko wspinaczy wysokogórskich nie jest w pełni otwarte na media. Mimo wszystko czułem, że właśnie tam chcę być.

W polskiej bazie pod K2 miałeś możliwość obserwowania utytułowanych wspinaczy, którzy w swojej wieloletniej karierze zdobywali wiele wysokogórskich szczytów. Czy widziałeś w nich chęć zdobycia góry gór – K2? Bo z obozu docierały liczne sprzeczne sygnały…
Ta wyprawa była trochę inna i odbiegała od tego idealnego wzorca opisanego w książkach. Dotarłem do obozu w newralgicznym i przełomowym momencie wyprawy… Do Polski musiał już wrócić Rafał Fronia, po tym, jak dostał kamieniem. W kraju był już też Jarosław Botor. Byliśmy dosłownie parę dni po tym, jak Adam Bielecki oberwał bardzo poważnie kamieniem. Do tego Denis Urubko wyszedł samodzielnie, aby zdobyć szczyt K2. Więc można powiedzieć, że zastałem… Tak, wrzało tam po prostu jak w ulu… Byłem mocno zaskoczony tą sytuacją, bo człowiek czyta w książkach o ludziach z pasją i miałem wrażenie, że wszyscy będą mówić tylko o ataku szczytowym… Niestety ta wyprawa miała ciągły dostęp do Internetu… Dlatego jej członkowie w żaden sposób nie kontrolowali przepływu informacji z obozu do Polski… Czasem w bazie pod K2, więcej mówiło się o przekazach medialnych i o tym, co czyta się i pisze w Polsce, niż o tym, jak zdobyć samą górę…

Wracając już do samego pytania, to spotkałem tam ludzi z krwi i kości, których dotykają codzienne zwykłe problemy. Dlatego uważam, że łączność ze światem mogła przeszkadzać. Jak rozmawiałem z innymi utytułowanymi polskimi himalaistami, to mówili, że nie wyobrażają sobie codziennej bezpośredniej łączności ze światem, z Internetem. Mówią, że to niszczy, że marnujesz na to swoje emocje, siły. Pytanie: Czy gdyby nie byłoby Internetu, to czy ta wyprawa zdobyłaby szczyt? Myślę, że nie… Podobnie pytanie: Czy gdyby nie było akcji ratunkowej na Nanga Parbat, to czy zdobyliby szczyt? Uważam, że nie miało to żadnego wpływu, tak po prostu miało być… Myślę, że sporym problemem było to, że nie ustalono wcześniej z Denisem, co zrobi po 1 marca… Bo Denis nie krył się z tym, że dla niego zima w Karakorum kończy się z dniem 28 lutego. Uważam, że trzeba było wcześniej z nim ustalić, co zrobią wspólnie po dniu 1 marca… Czy Denis ma zostać dalej w bazie i pomagać w wejściu na szczyt, czy też ma wracać do Polski? Wiemy, że ostatecznie Denis Urubko zdecydował się na samotną próbę ataku szczytowego. Zresztą nieudaną próbę… Ta sytuacja pogorszyła i tak nie najlepsze morale w samym obozie.

Pół roku po tej wyprawie jest dużo wniosków i rzeczy, które trzeba naprawić na przyszłość, jeśli następna wyprawa ma odbyć się w sposób pokojowy, bez zbędnych konfliktów, bez podziałów w samym zespole. Była też kwestia drogi, którą mieli zaatakować wierzchołek K2. Po wyprawie wszyscy zgodnie mówili, że została ona źle dobrana… Jak ktoś mnie pyta: Co tam zastałem? Zastałem tam małą społeczność ludzką, taką mikrospołeczność. Gdzie są podziały, gdzie nie wszyscy może lubią się. Gdzie nie każdy chciałby być parą szczytową. Pytanie: Co na to wpłynęło? Moim zdaniem kilka czynników. Po pierwsze może za dużo ambicji, może te podziały, które były w zespole. No i ten Internet…

Dla mnie to była niesamowita przygoda, bo poznałem ludźmi, o których czytasz w książkach, których oglądasz w telewizji. A dzieliłem z nimi w bazie ten sam talerz, mogłem posłuchać wielu ciekawych historii związanych z poprzednimi wyprawami. Mogłem pograć w szachy z samym Krzysztofem Wielickim i porozmawiać, ot tak po prostu o życiu. Mimo wszystko uważam, że są to ludzie z pasją i z wielką miłością do gór.

Kiedy opowiadałeś o swojej wyprawie w Karakorum, to wspominałeś o niebezpieczeństwach, które czyhają w tych pięknych górach na wspinaczy, a nawet na miejscowych tragarzy. Jednemu z nich nawet pomogłeś…
To było na trekkingu powrotnym. Była taka sytuacja, że jeden z tragarzy, którzy nam towarzyszyli w drodze powrotnej, dostał ślepoty śnieżnej. O takich rzeczach czytasz tylko w książkach… Dla mnie, to było zupełnie inne przeżycie… Bo na miejscu, to wszystko bardziej się przeżywa, jest to realne, te góry, śnieg i mróz. Idę i nagle widzę, że stoi jakiś tragarz, jakoś niezdarnie próbuje poprawić sobie coś przy oczach. W ogóle zachowywał się, jakby był pijany… Podszedłem do niego, a on zaczął pokazywać mi na jego oczy i krzyczeć. Po tym wywnioskowałem, że ma ślepotę śnieżną. Wiedziałem, że trzeba go po prostu doprowadzić do miejsca, gdzie są ludzie. W tym czasie dogonił mnie Piotrek Tomala, dał mu jakieś krople do oczu, środki przeciwbólowe. Przekazał mu także swoje okulary, żeby miał jakąś ochronę przed słońcem. Prowadziłem go dalej przez 14 km, nie wiem może z 5-6 godzin… Kiedy już docieraliśmy do momentu, gdzie był przewidziany odpoczynek, to byli tam także inni tragarze towarzyszący wyprawie. Niestety w ogóle nie zwracali uwagi na swojego kolegę, który potrzebował pomocy. Dla mnie ta cała sytuacja była bardzo smutna, ale może w Pakistanie nie mają takiej samej wrażliwości, którą my mamy w Polsce, w końcu jest to inna społeczność i kultura.

Autor: Kamil Myszyński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *