Sylwia Winnik „Dziewczęta z Auschwitz”

Sylwia Winnik z domu Grochala ukończyła dziennikarstwo we Wrocławiu. Interesuje się historią, szczególnie II wojny światowej. Jest autorką bloga Czas na Książki. W 2015 roku została wybrana przez czytelników magazynu Fanbook Książkowym Blogerem Roku. Jest pomysłodawcą i współorganizatorem Literackiego Festiwalu Czas na Książki. Jej pasją są książki i góry. „Dziewczęta z Auschwitz” to debiut literacki autorki. Są to wspomnienia dwunastu kobiet, które przeżyły piekło niemieckiego nazistowskiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau. Książka jest efektem rozmów autorki z każdą z bohaterek.

Wielokrotnie dostrzegłem, czytając pani książkę, że wszystkie pani bohaterki chciały żyć godnie w tych nieludzkich czasach życia obozowego w Auschwitz-Birkenau. Podczas całego swojego pobytu starały się pomagać koleżankom z bloku. Zwłaszcza tym, które tego wsparcia najbardziej potrzebowały.
Rzeczywiście dostrzegł pan chyba jeden z najważniejszych elementów, które są zawarte w książce. Wszystkie moje bohaterki, które opisałam w „Dziewczętach z Auschwitz”, zachowały swoje człowieczeństwo. Zachowały je właśnie z uwagi na to, że w trudnych, nieludzkich warunkach potrafiły wyciągnąć rękę do drugiego człowieka. Chociaż same nic nie miały. Bo trudno nazwać kromkę suchego chleba, czy też podarte łachmany, które służyły im za ubrania czymś, co się ma w nadmiarze. Mimo tego potrafiły nawet rozdzierać na kawałki sukienki, w które były ubrane, żeby komuś związać ranę, czy podzielić się kawałkiem chleba. Rzeczywiście nie potrafiły przejść obojętnie, w przypadku, kiedy ktoś potrzebował pomocy. Oczywiście jest też drugi aspekt tej sprawy. Bo kiedy jednego dnia ktoś im ukradł chleb, żeby przetrwać w obozie, to drugiego dnia one musiały zrobić dokładnie to samo… Myślę jednak, że to w żaden sposób nie przekreśliło ich człowieczeństwa. Bo zawsze w tych najtrudniejszych chwilach potrafiły pomóc drugiej osobie.

Nawiązując do tej właśnie sytuacji z tymi drobnymi kradzieżami, jest taki jeden wyjątkowy fragment w książce, kiedy byłe więźniarki dojeżdżają do Szwecji i tam proszą księdza, żeby ich wyspowiadał. Wszyscy wkoło byli mocno zaskoczeni tą sytuacją. Wielu uważało, że nie mają z czego się spowiadać, bo są niewinne. To im wyrządzono krzywdę. A one chciały się wyspowiadać z tych rzeczy ich zdaniem „niegodnych”, które miały miejsce w obozie Auschwitz-Birkenau.

Tak, bo one nie chciały niczego nikomu zabierać. Wielu byłym więźniom te rzeczy ciążyły po wyjściu z obozu. Nawet okruszek chleba, który zabrały innej koleżance czy podebrały trochę siana na sienniku. Dlatego jak tylko dojechały do Szwecji, (mam na myśli część byłych więźniarek, bo nie wszystkie zostały wywiezione do Szwecji) to pani Łucja Janosz i inne byłe więźniarki spowiadały się właśnie z tego, że ukradły komuś chleb, czy metalową miskę. Warto przypomnieć jak ważną rzeczą w obozie była zwykła blaszana miska. Gdyby jej więźniarki nie miały, to nawet nie dostałyby zupy. A ta, choć małokaloryczna i ohydna w smaku, to jednak była jedynym ciepłym posiłkiem. Każda z nich chciała przetrwać, to było ich pragnienie życia i dalszego funkcjonowania. My dzisiaj nie powinniśmy tego oceniać, bo nigdy nie byliśmy i najprawdopodobniej nie będziemy żyć w tak ekstremalnie trudnych warunkach.

Mimo tego całego cierpienia i bólu, które na co dzień towarzyszyło więźniom obozu Auschwitz-Birkenau, zdarzyły się chwile szczęścia. Utkwiły mi w pamięci wspomnienia Jacka Kublika brata Urszuli Koperskiej, które opisał w „Pamiętniku warszawskiego chłopca”. Te zapiski dotyczyły wyjątkowej Wigilii, która odbyła się w obozie Auschwitz-Birkenau w 1944 roku.
Rzeczywiście brat pani Urszuli Koperskiej opowiada o Wigilii z 1944 roku. Wtedy pokroili chleb, który dostali na kolację, a jedna kromka była bardzo cienka. To był ich opłatek. Zasłonili swoje koje dookoła kocami. Chcieli być wtedy sami. Podzielili się kawałkami czarnego chleba. Wieczerza wigilijna trwała bardzo krótko, bo nie mieli wiele do zjedzenia. Kilka ziemniaków z łupinami, kawałek chleba i wodę. Jednak to, co mnie najbardziej wzruszyło w tej historii, to fakt, że po wieczerzy wigilijnej na bloku rozbrzmiała piękna polska kolęda: „Podnieś rękę Boże Dziecię, Błogosław Ojczyznę miłą…”. Może usłyszy tę prośbę Ten, który się dziś narodził! Także tu! Tu – W Konzentrationslager Auschwitz-Birkenau – napisał w swoim „Pamiętniku warszawskiego chłopca” Jacek Kublik.

Niektóre pani bohaterki na swojej drodze spotkały dobre anioły. Tymi aniołami stróżami okazywały się bardzo ciekawe postacie. Choćby poetka Anna Zahorska, która dla pani Ireny Wiśniewskiej stała się mamą. Pani Zahorska wspierała ją w najtrudniejszych i codziennych trudach życia więziennego.

Pani Irena spotkała panią Zahorską jeszcze w więzieniu na Pawiaku. Pisząc tę książkę, zastanawiałam się, co by było, gdyby pani Irena jej nie spotkała? Czy przeżyłaby więzienie i obóz? Niejednokrotnie o tym samym mówiła mi sama bohaterka, podczas naszych spotkań. Pani Zahorska wspierała, jak tylko mogła nastoletnią, załamaną wówczas dziewczynę, którą była pani Irena. Dawała jej nie tylko wsparcie psychicznie, ale także jedzenie z paczek, które otrzymywała do więzienia. Na sam koniec pobytu w więzieniu na Pawiaku, przekazała pani Irenie witaminy. Niestety pani Zahorska została wywieziona jednym z pierwszych transportów do obozu Auschwitz-Birkenau. Umarła prawie w tym samym momencie, kiedy pani Irena trafiła do obozu. W tych trudnych chwilach pani Anna Zahorska zastąpiła pani Irenie jej własną mamę.

Chciałbym nawiązać do jednej z postaci pobocznych, które pojawią się w pani książce. Mam tutaj na myśli Stanisławę Leszczyńską, która odebrała ponad 3 tysiące porodów w Auschwitz-Birkenau. W tym poród Zofii Wareluk, która urodziła się w obozie zagłady i jest jedną z dwunastu bohaterek pani książki „Dziewczęta z Auschwitz”.
Stanisława Leszczyńska nie bez powodu została nazwana: „Matką matek”. Jako jedyna z niewielu potrafiła przeciwstawić się dr. Mengele. Wypowiedziała też słynne, znane nam już słowa: „Nie, nigdy, nie wolno zabijać dzieci”. W momencie, kiedy dr. Mengele wręcz żądał, żeby urodzone dzieci zabijać w szczególności dzieci pochodzenia żydowskiego. Jednak ona nie patrząc na narodowość, chciała, żeby wszystkie dzieci się urodziły. Odebrała około 3 tysięcy porodów w Auschwitz-Birkenau. Niestety nie każde dziecko po porodzie przeżywało. W 1992 roku rozpoczął się proces beatyfikacyjny Stanisławy Leszczyńskiej, który trwa do dzisiaj. Jest on zupełnie zasłużony.

W pani książce większość bohaterek była więźniami politycznymi. Po upadku Powstania Warszawskiego wielu mieszkańców stolicy było internowanych poprzez obóz przejściowy w Pruszkowie, do KL Auschwitz-Birkenau.
To chyba jest jeden z największych paradoksów obozu zagłady… Do obozu śmierci trafia jedna z moich dwunastu bohaterek — Barbara Doniecka. W 1944 roku była tylko dziesięcioletnią dziewczynką. Została zabrana, wręcz porwana z rodzinnego domu na warszawskiej Ochocie wraz ze swoją mamą. Przez Zieleniak, pruszkowski obóz trafiają do Auschwitz-Birkenau. Tam na miejscu, pani Barbara dostaje symboliczną i widoczną na ubraniu przypinkę, tzw. Winkiel, że jest więźniem politycznym. Jak dziesięcioletnie dziecko może być więźniem politycznym?

W obozie Auschwitz-Birkenau był istny tygiel europejski. Kolejna pani bohaterka Alina Dąbrowska dzięki temu nauczyła się języka serbskiego i nawiązała dobre relacje z więźniarkami z Bałkanów.
Pani Alina już od dziecka była zafascynowana nauką, a szczególnie nauką języków obcych. Dzisiaj pani Alina ma już ponad 90 lat, włada sześcioma językami m.in. łaciną. Dla mnie jest wzorem i autorytetem, jeśli chodzi o kwestię dokształcania się i rozwoju osobistego. Nawet w obozie znalazła perspektywę, żeby uczyć się języków obcych. Nauczyła się serbskiego od więźniarek i pomagała im w tłumaczeniu listów, w ich szyfrowaniu i odszyfrowaniu, kiedy te przychodziły do nich z Jugosławii. Trzeba pamiętać, że listy w Auschwitz-Birkenau podlegały cenzurze i musiały być pisane w języku niemieckim. Stąd pani Alina dzięki znajomości języka niemieckiego i świeżo poznanego serbskiego, pomagała w tłumaczeniach listów.

Ważny debiut literacki. W swojej książce poruszyła pani bardzo ważny temat Holocaustu, który powinien być lekcją dla dzisiejszych pokoleń. Książka dobitnie pokazuje, dlaczego warto być człowiekiem.
Czasami myślę z przerażeniem, co by było, gdyby tamte czasy wróciły… Jednak, kiedy posłuchamy telewizji, radia czy poczytamy depesze w internecie, to dostrzeżemy, że na świecie nadal dzieje się źle. Konflikty zbrojne czy wojny domowe, wcale nie zniknęły. Widać, że rządzący tym światem, pomimo tylu wojen, tylu niewinnych zgładzonych ludzi, nadal nie wyciągnęli żadnych wniosków! Będę zawsze przeciwna wojnie. Dlatego w książce podkreślam, jak bardzo destrukcyjna jest wojna. Właśnie po to powstała ta książka. Żeby kolejny raz powtórzyć, zaznaczyć, że wojna nie prowadzi do niczego dobrego. Mogę z pewnością stwierdzić, że moje kolejne książki też będą o tym przypominać.

Autor: Kamil Myszyński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *