Ludwika Włodek „Cztery sztandary, jeden adres”

Publicystyka i reporterka. Autorka bestsellera „Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów” – portretu rodziny Iwaszkiewiczów będącego połączeniem historycznego reportażu i powieści biograficznej oraz „Wystarczy przejść przez rzekę” – reportażu o Azji Środkowej. Z wykształcenia jest socjolożką, pracuje jako adiunkt w Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego.
Autorka od lat przygląda się pogranicznemu tyglowi Spisza, gdzie najpierw spędzała wakacje, potem wracała jako badaczka i reporterka.

Często w dzieciństwie podróżowała pani na polski Spisz, do Rzepisk. Czy stąd wzięło się pani zainteresowanie tym wyjątkowym rejonem Europy Środowej?
Tak. Przyjeżdżałam tam, od kiedy skończyłam pięć lat. Będąc jeszcze dzieckiem, zrozumiałam, że jest to region bardzo specyficzny, inny od tej Polski, którą znałam. Po pierwsze dlatego, że tam spotkałam po raz pierwszy ludzi, którzy mieszkali na terenie Polski, a nie czuli się Polakami. Oczywiście jako małe dziecko nie rozumiałam, skąd to się bierze, ale to był dla mnie pierwszy sygnał tej regionalnej odrębności Spisza. Później, powoli, poprzez rodzinne anegdoty czy rozmowy z naszymi sąsiadami, zaczęłam poznawać zupełnie inny punkt widzenia na historię Polski, od tego jako uczyłam się w szkole. Dobrym przykładem jest bitwa pod Monte Cassino. W polskiej narracji było to bitwa, gdzie nasi żołnierze wraz z aliantami starali się zdobyć klasztor na wzgórzu. Tymczasem wśród Spiszaków byli ludzie, którzy bronili tego klasztoru. Zostali powołani do armii słowackiej, która w tym czasie była sojusznikiem faszystowskich Włoch i hitlerowskich Niemiec. Już jako dorosła osoba rozmawiałam o tamtych wydarzeniach z naszym sąsiadem, panem Józkiem „Barbarzynem” Mazurkiem. Opowiadał mi, że Słowacja we wrześniu 1939 roku zajęła cały Spisz, a on jako młody chłopak został wzięty do armii słowackiej i z nią dotarł do Włoch. Potem trafił do amerykańskiego obozu internowania. Do domu wrócił dopiero w sierpniu 1945 roku, gdy Rzepiska znów były w Polsce. Ta historia pokazuje, że biedny chłop, z małej wsi, nie miał żadnego wpływu ani na to, po której stronie wojny walczy, ani na to, co dziej się z jego rodzinną miejscowością. Nikt go nie pytał, czy chce walczyć ramię w ramię ze Słowakami, nikt go nie pytał, czy chce znów mieszkać w Polsce. Te decyzje zapadły wysoko ponad jego i jego rodziny głowami. Mało się opowiada o wielkiej historii z punktu widzenia zwykłych ludzi. Skupiamy się na polityce mocarstw. A przecież to są właśnie prawdziwe dzieje naszych rodzin, naszych najbliższych sąsiadów. I dlatego jest to tak bardzo ciekawe.


Wspomniała pani o II wojnie światowej. To bardzo ciekawy okres w stosunkach polsko-słowackich. Mało osób zdaje sobie sprawę z tego, że Polska w 1938 roku przy zamieszaniu związanym z rozbiorem Czechosłowacji zajęła nie tylko Zaolzie, ale także część słowackiego Spisza (miejscowości Jaworzyna, Podspady i Leśnica). Po zakończonej kampanii wrześniowej w 1939 roku tereny całego polskiego Spisza na podstawie układu Ribbentrop – Černák zostały przekazane Słowacji.
Tego w ogóle Polacy nie wiedzą. Pamiętam, że jak chodziłam do szkoły, to uczyli nas tylko o zajęciu przez Polskę Zaolzia. Natomiast to, że przy okazji Zaolzia zajęliśmy jeszcze kawałek Spisza, to wiedzą tylko wyjątkowi pasjonaci historii. Aneksja, której dokonała Polska była tylko i wyłącznie efektem mocarstwowych ambicji II Rzeczpospolitej. Zajęte wsie: Jaworzyna i Podspady, nie były wcale zamieszkane przez Polaków, tylko przez ludność napływową. Sprowadzał ją do tych miejscowości książę Christian Hohenlohe, do pracy w swoim majątku. Po zajęciu przez Polskę Jaworzyny większość jej mieszkańców się wyprowadziła.

Spisz to kraina wielu kultur: węgierskiej, słowackiej, polskiej, niemieckiej, rusińskiej, żydowskiej i cygańskiej. Zatrzymam się przy kulturze niemieckiej, a konkretnie Zipserach, którzy mieszkali na Spiszu i byli potomkami niemieckich osadników. Na Spiszu przed II wojną światową było kilka czysto niemieckich wsi, na przykład Eisdorf (dzisiejsze Žakovce), Klein Lomnitz (Lomnička), czy Hopgart (Chmeľnica). Chciałbym zatrzymać się przy tej ostatniej miejscowości. Jest wyjątkowa, bo do dzisiaj mieszkają w niej potomkowie Zipserów. Miała pani nawet okazję spotkać się z autorką książki: „Utekali, aby zostali” Martą Krafčíkovą.
Bardzo lubię spotykać strażników pamięci, takich lokalnych opowiadaczy historii. Miałam w paru miejscach szczęście, że sama trafiłam na takie osoby, albo natychmiast zostałam do nich zaprowadzona. Każda wspólnota na Spiszu, właściwie każda wieś ma takich swoich lokalnych stróżów pamięci. Marta Krafčíková jest ewidentnie jedną z takich osób. Jej książka „Utekali, aby zostali” pomogła mi odtworzyć losy mieszkańców Hopgartu, dzisiejszej Chmeľnicy. Ze wszystkich niemieckich miejscowości na Spiszu, tylko Chmiel’nica po dzisiejszy dzień pozostała niemiecka. Byłam bardzo ciekawa, jak to się stało, że mimo kilku wysiedleni, większość tamtejszych mieszkańców to nadal Niemcy. Pierwsze wysiedlenia rozpoczął Wermacht, który chciał ratować Zipserów przed Sowietami. Później wysiedlali Sowieci, którzy część ludności Hopgartu wysłali nawet do łagrów na daleką Syberię. Państwo czechosłowackie także wysiedlało Niemców. Tym, co zostali, odebrano obywatelstwo. Dopiero od 1953 roku zaczęto powoli przywracać prawa Zipserom. Często musieli samodzielnie udowodnić, że nie współpracowali z faszystowskim reżimem.


Masowe wysiedlanie Niemców z terenu Czechosłowacji zrobiło miejsce dla ludności cygańskiej. Cyganie zamieszkali w domach i miejscowościach Zipserów. Często zmusiło ich do tego państwo czechosłowackie. Jednak przez kilkadziesiąt lat nie udało się w pełni zasymilować tej ludności z resztą społeczeństwa. Choć są pozytywne przykłady ludzi, którzy pomagali i stale pomagają tej ludności. Choćby proboszcz Jáno Záhradník z Łomniczki.
Na przykładzie Łomniczki widać jak ludność cygańska zajęła miejsce spiskich Niemców wysiedlanych po II wojnie światowej. Rząd komunistycznej Czechosłowacji zaczął do opustoszałych po Niemcach domów sprowadzać Słowaków i częściowo Cyganów. Jednak takie mieszane miejscowości były uznawane za gorsze. Słowacy szybko zaczęli z nich wyjeżdżać i sprzedawać swoje nieruchomości. Ich miejsce zajmowały kolejne cygańskie rodziny. Potworzyły się enklawy zamieszkane wyłącznie przez Cyganów siłą zmuszanych przez państwo do zmiany trybu życia. Nakazano im pracę, tak jak wszystkim pozostałym obywatelom, ale ponieważ nie mieli wykształcenia i słabo znali język, kierowano ich do najgorszych, niskopłatnych, a często wręcz niepotrzebnych prac. Cyganie czuli się tam nie na miejscu, nie widzieli sensu swoich zajęć. Gdy przyszła zmiana ustroju jako pierwsi zostali zwolnieni. Do dziś Cyganie żyją na marginesie społeczeństwa słowackiego. Wiele dzieci w wieku szkolnym nie mówi po słowacku, mimo że chodzą do szkoły. Otacza ich niechęć i pogarda Słowaków. Ta nieudana integracja to porażka najpierw państwa czechosłowackiego, a później słowackiego. A także gigantyczny problem, z którym Słowacja ewidentnie sobie nie radzi. Właśnie z powodu Cyganów Słowacy mają tak negatywny stosunek do uchodźców, boja się kolejnej niezintegrowanej grupy ludności.
Ksiądz Jáno Záhradník został już przeniesiony do parafii w Lendaku, ale to, co zrobił, dla ludności cygańskiej w Łomniczce jest niesamowite. Zastał wieś kompletnie zaniedbaną, a jej mieszkańców pozostawionych samym sobie. Na początku przekonał miejscowych, aby zaczęli hodować zwierzęta domowe. Chociażby krowę, kozę czy kurę. Po to, aby mieli co włożyć do garnka. Przerażał go także marazm, jaki panował w wiosce i brak jakiejkolwiek chęci do pracy. Wprowadził zwyczaj, że gdy ktoś się buduje, wszyscy mu pomagają. Tak powstała nowa plebania, ale też wiele prywatnych domów.


Na polskim Spiszu wydawane są dwie gazety lokalne: „Na Spiszu” i „Život”. Dwie gazety i dwie narracje: polska i słowacka. Poprzez te dwie gazety, a bardziej jej redaktorów naczelnych, widać nadal animozje na pograniczu polsko-słowackim.
Na Spiszu” wydawana jest przez Związek Polskiego Spisza, a „Život” wydawany jest przez Towarzystwo Słowaków w Polsce. Pierwsza gazeta jest bardzo propolska i działa na rzecz polskości, a druga prosłowacka i działa na rzecz słowackości. Mam wrażenie, że często rodziny mieszkające na polskim Spiszu wybierają którąś z gazet z przyzwyczajenia, w wyniku odziedziczonej po rodzicach i dziadkach tradycji. W sprawach codziennych, bytowych te rodziny żyją właściwie tak samo. W jednych i w drugich mówi się tą samą gwarą spiską. Są to rodziny bardzo katolickie i mocno wierzące. W moim odczuciu te animozje polsko-słowackie są podtrzymywane trochę sztucznie i na dłuższą metę nie mogą się utrzymać. Kiedyś jak na przykład byłeś Słowakiem mieszkającym w PRL-u, łatwiej ci było dostać opłacalną pracę w Czechosłowacji. Warto tam było pracować, bo w ČSSR była lepsza sytuacja gospodarcza, niż w Polsce. Można było przywozić stamtąd do Polski luksusowe towary, takie jak cytrusy czy buty dla dzieci. Dzisiaj granica między Polską a Słowacją praktycznie nie istnieje. Można świetnie funkcjonować po obu jej stronach. Jeździć na zakupy do Polski, odwiedzać rodzinę na Słowacji, studiować gdzie komu wygodnie bez względu na zadeklarowaną narodowość.


Czy Rzepiska są nadal pani ulubionym i wyjątkowym miejscem na ziemi?
Mam nadzieję, że będę tam jeździć zawsze. Z Rzepiskami jestem bardzo związana. Po napisaniu książki nawet bardziej. Pracując nad nią, poznałam wielu Spiszaków po obu stronach granicy. Z innymi, których znałam już wcześniej, też nawiązałam bliższe relacje. Odwiedzamy się i spotykamy co jakiś czas. Można powiedzieć, że mam na Spiszu swoją siatkę społeczną. To jest bardzo miłe.

Autor: Kamil Myszyński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *