Konstancin w moich wspomnieniach cz. 1

Dni Konstancina za nami. Muzyka, śpiewy, tańce, opowiadania i wiele innych rozrywek. Samochody wypełnione gośćmi z Warszawy pękały w szwach, tłumy naszych mieszkańców. Wszyscy weseli, rozbawieni, radośni – jak w piosence „to były piękne dni”. Dziękujemy organizatorom, dziękujemy wykonawcom. Brawo i cieszymy się, że żyjemy w pięknym zakątku Polski jakim jest Konstancin.

Na tle tego wspaniałego nastroju w mojej starej głowie tłoczą się wspomnienia, którymi pragnę się podzielić nie tylko z rówieśnikami, ale przekazać też młodzieży.

Kilka słów o przedwojennym Konstancinie. Konstancin, który pamiętam ja, a były to lata trzydzieste i dalej, to siedziba zamożnych Warszawiaków. Był piękny – no może nie tak jak teraz – był piękny – inaczej. Luksusowe z ukwieconymi balkonami wille, piękne ogrody pełne róż, hiacyntów, floksów (dziś kwiat nieznany) nasturcji, astrów. Wspaniale przygotowane dla gości restauracje. Warto wspomnieć, że dominowało w tej dziedzinie „Casino”. „Casino” wyposażone we wszystko, czego oczekiwali gości: stół bilardowy, stoliki do brydża, parkiet do tańca, miejsce dla muzyków, scenę dla aktorów i dobre jedzenie elegancko poddane przez eleganckiego kelnera. W pobliżu „Casina” kort tenisowy (nosił mnie tam, najstarszy w rodzinie, mój brat Jurek Szczepański, który grał w tenisa z Bohdanem Tomaszewskim). W pobliżu kolejka i piękna jak „Casino” w stylu zakopiańskim – stacja i latami prowadząca tam bufet pani Woźniakowa. Goście w „Casinie” to panowie we frakach lub smokingach, a panie w pięknych długich sukienkach najczęściej z tafty lub żorżety z przerzuconym przez ramię futrem z lisa. W sezonie od maja do wrześnian Konstancin kipiał w kwiatach, a krawężniki kamiennych chodników malowane były na biało – wapnem. Było pięknie, spokojnie, bogato.

Rok 1939 zmienił wizerunek Polski, zmienił również wizerunek Konstancina. Wygodniejsze i piękniejsze wille zajęli niemieccy dygnitarze. W „Casinie” bawili się Niemcy, tylko Niemcy jak w całej Polsce mogli się poruszać po godz. 20-tej. Tylko Niemcy nie byli głodni. Ze zniszczonej Warszawy do Konstancina i okolic – ciągnęły tłumy bezdomnych ludzi. Konstancin zaczął tracić swój przedwojenny urok. Zrobiło się ciasno, smutno, niebezpiecznie. Coraz częściej słychać było pistoletowe strzały, coraz częściej na ulicy leżał martwy Polak. Łapanki ludzi i wywózka ich na roboty do Niemiec stała się codziennością.

Byłam złapana. Szczęśliwie moja chuda i mała sylwetka nie pasowała do ich wymagań. Skończyło się dobrze. Z innymi o podobnej do mojej posturze obierałam kartofle. To było w willi „Zygmusin” – tam mieściła się kuchnia dla okupujących piękny Konstancin – Niemców.

Zbliżał się 1944 rok – piąty rok wojny. Po prawej stronie Bolszewicy, po lewej Niemcy. Dzieli nas Wisła. Nad naszymi głowami śmigają to jednych – to drugich – samoloty. Śmigają niekiedy pociski. Polacy zmęczeni mordami, ludobójstwem, głodem, obozami śmierci, niepewnością każdego następnego dnia, utrata bliskich – idą do Warszawy – do stolicy walczyć o godność i życie, życie innych i swoje.

Piąty rok wojny, Rok 1944 – Powstanie.

Okoliczna młodzież kierowana przez dorosłych, wyszkolonych przed wojną mężczyzn idzie walczyć. Miejscem ich walki stają się lasy – osłona Warszawy przed Niemcami. Kompania leśna „Szarego” lokuje się w Lasach Chojnowskich. Tam są już chłopcy z innych ugrupowań, którzy z różnych powodów nie mogli się dostać do Warszawy. Z naszego terenu poza nami są partyzanci Armii Krajowej „Krawiec”. Poza chłopakami w lesie są nasze sanitariuszki. Ja zostałam na miejscu. Do mnie należało organizowanie jedzenia, środków czystości w potrzebie odzieży. Musiałam dostarczać to do lasu. Pomagała mi w tym koleżanka, która umiała powozić. Furę i konia pożyczył nam pan Zienkowicz. Zawsze też od niego znalazły się pod słomą na furze kawały słoniny, kiszka, kaszanka i inne niespodzianki. Woziłyśmy to znanymi nam tylko drogami z dala od Niemców. Zdarzały się z nimi spotkania – ale my miałyśmy opracowane środki bezpieczeństwa. Z lasu przewoziłyśmy do rodzin listy – „grypsy” i ustne rozkazy od Dowódcy. Nasz batalion Mączyńskiego żył!

Autorka: Barbara Żugajewicz-Kulińska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *