Konstancin w moich wspomnieniach – To już wojna

Następne dni września. Sklepy pustoszeją. Z Warszawy tłumy ludzi szukający schronienia na prowincji. W naszym klarysewskim domu wprawdzie obszernym, ale już 14 osób i dziecko w poduszce. Zaczyna być ciasno i głodno. Brakuje pościeli, łóżek i wygody, a to dopiero początek… Co będzie dalej? Mama klucze od żywności przekazuje Cioci Sabinie – otwierając tym samym przed uchodźcami cały dom.
5 września wpada na pożegnanie nasz przyjaciel dr Stefan Pająk. Dostał wezwanie do szpitala w Płocku (Widzieliśmy się ostatni raz. Zamordowany w Katyniu). Również 5 września żandarmi (Polacy) zabierają mego Tatę, brata Władka, kuzyna Wieśka i Mercedesa do dyspozycji wojska. Dom pełen kobiet i do tego trzy psy, a gości z Warszawy przybywa – zapasów ubywa. Ja i moje dwie kuzynki chodzimy stale głodne. Odkryłyśmy schowki chleba – zaczynamy podkradać. Ja znajduję zapasowe klucze od piwnicy – zjadamy solony boczek i pijemy zakonserwowane jajka.

Z końcem września zniszczona i wyludniona Warszawa zaczyna z rozpaczą przyjmować niemieckich żołnierzy. Zajmują resztki domów i celowo niezniszczone duże budynki. Niemcy przez lata karmieni nienawiścią do Polaków zaczynają wypełniać rozkaz kanclerza Hitlera: 80% Polaków wymordować, 20% przygotować do robót w polu, w budownictwie i innych usługach. Natychmiast po opanowaniu Polski. W ciągu kilku dni zostaliśmy pozbawieni elektryczności. W życie weszły lampki karbidowe, zabrano nam aparaty radiowe, pozamykano szkoły. Od podstawowych do wyższych uczelni. Wprowadzono godzinę policyjną od 20 do 6. Nieprzestrzeganie wszystkich nakazów groziło obozem, więzieniem, a nawet śmiercią. Na warszawskich słupach ogłoszeniowych coraz częściej czytaliśmy nazwiska księży, lekarzy, nauczycieli, aktorów, na których wykonano karę śmierci. To była zbiorowa zagłada inteligencji. Drugą metodą niszczenia Polaków były obozy i więzienia oraz „wywózki” do Niemiec, a tam do pracy w charakterze parobków.
Jest już listopad. Nasza niezawodna komunikacja z Warszawą „Ciuchcia” – nie pracuje. Żydzi nie mają czym handlować. Na drodze Warszawa – Konstancin coraz częściej kursują samochody z niemieckimi numerami, a Taty i chłopaków nie ma… W domu żałoba, wypełniona stawianiem pasjansów. Każda Ciocia z pytaniem o swojego męża, syna, dom.

My, trzy dziewczyny: Miśka 15-letnia, Niania 13-letnia i ja – Baśka – 11-letnia. Wielu czasu spędzałyśmy przy książkach szkolnych, przygotowanych przed wojną do obecnie zamkniętych szkół. Trudny czas. Czas oczekiwania na ojców, wujków, braci. Ojciec Miśki i Niani nie wrócili nigdy. Mój Tata z Wieśkiem i Władkiem powrócili „z wojny” z końcem października. Ich „wojna” przebiegła tak: zostali wraz z samochodem wcieleni do grupy oficerów zmierzających do granic Rumunii. Tata jako kierowca, Włodek 14-letni, również jako kierowca. Podczas bombardowania jakiegoś miasteczka Wiesiek bardzo dotkliwie został rany w prawą rękę. Włodek przy pomocy brzytwy usunął odłamek, ale ręka do końca życia była niepełnosprawna. Również podczas tego bombardowania Tata stracił samochód, bo kiedy nalot samolotów ucichł – na miejscu, gdzie pozostawiony był samochód – pod kamieniem leżała kartka o treści: „po samochód proszę się zwrócić po wojnie”. Podpis nieczytelny. Kartkę mam do tej pory. Po wojnie samochodu nikt nie zwrócił. Tym sposobem Tata, Wiesiek i Władek do domu „z wojny” wracali na nogach lub dorywczo podwożeni wozem. Brudni, głodni, wychudzeni i okrutnie zmęczeni. Taka była ich „wojna”.

Autorka: Barbara Żugajewicz-Kulińska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *