Jan Śpiewak – „Ukradzione miasto”

Jan Śpiewak – socjolog, aktywista i radny warszawskiego Śródmieścia. Założyciel i wieloletni lider stowarzyszenia Miasto Jest Nasze. Twórca i przewodniczący Wolnego Miasta Warszawy.

Jedną z pierwszych spraw, którą poruszyłeś w książce, to Osiedle Jazdów, czyli tzw. domki fińskie.
Ratusz postanowił wyburzyć osiedle domków fińskich na Jazdowie. Warto przypomnieć, że jest to dość unikatowe miejsce w centrum stolicy. Domki zostały wybudowane z reparacji wojennych. Postanowiliśmy obronić to miejsce przed tym, żeby zostało zabetonowane. Przypomina ono czasy odbudowy Warszawy. Dlatego warto było je zachować dla przyszłych pokoleń warszawiaków. Zacząłem angażować się w politykę samorządową i właśnie w tym jednym z domków na osiedlu Jazdów, powstało stowarzyszenie: Miasto Jest Nasze. Zaczęliśmy budować inicjatywę pro obywatelską, referendalną. Chcieliśmy, żeby mieszkańcy poszli na referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz. Bardzo nam się nie podobało, jak referendum prezentowała mieszkańcom Platforma Obywatelska i że zachęcała ich do tego, aby zostali w swoich domach. Zamiast pójścia na referendum i wyrażenia swojej obywatelskiej woli w sprawie odwołania prezydent Warszawy.

Pierwsza sprawa dotyczącej dzikiej reprywatyzacji, z jaką się spotkałeś, dotyczyła działki przy ulicy Szarej na warszawskim Powiślu. Biznesmen Maciej M. chciał wybudować na terenie dawnego ogródka jordanowskiego kompleks apartamentowców.
Pierwszy raz zetknąłem się z dziką warszawską reprywatyzacją w związku z budowy biurowca na placu Zamkowym. Pamiętam, że to miejsce było dla mnie punktem zwrotnym. Nie mogliśmy po prostu zrozumieć, jak to jest możliwe, że człowiek znikąd buduje biurowiec w strefie oddziaływania UNESCO. Że nie wiadomo, w jaki sposób zreprywatyzował tę działkę. Jak się później okazało, razem z tą działką zreprywatyzował kawałek tunelu trasy W-Z. Na trop Macieja M., bo mówimy już o biznesmenie, który dzisiaj siedzi w areszcie we Wrocławiu, trafiłem dzięki mojej koleżance Oli Jaworskiej. Ola też działała w ramach inicjatywy Otwarty Jazdów. Mieszkała na Powiślu i tuż pod jej oknami Maciej M. doprowadził do likwidacji ogrodu jordanowskiego. Była tym wstrząśnięta, że człowiek znikąd może doprowadzić do zamknięcia terenu użyteczności publicznej. A do tego miasto umożliwia mu wybudowanie tam kompleksu apartamentowców. Wtedy połączyliśmy nasze siły i zaczęliśmy badać: kim tak naprawdę jest ten człowiek? Kto za nim stoi?

Powstaje pierwsza mapa reprywatyzacyjna. Z jednej strony duży przełom, a z drugiej duże problemy dla was jako organizacji.
Przełom, bo sprawa reprywatyzacji stała się wtedy numerem jeden, jeśli chodzi o warszawską politykę samorządową i lokalną. Pokazaliśmy jak władze miasta, idą biznesmenowi Maciejowi M. na rękę. W jak wielu sprawach… Z jednej strony była to kwestia tego ogrodu jordanowskiego, biurowca na placu Zamkowym, a z drugiej gimnazjum na ulicy Twardej i budowy wieżowca przy Pałacu Kultury i Nauki. Maciej M. pozwał mnie do sądu i w pierwszej instancji przegrałem swój proces. Było to dla mnie dość szokujące doświadczenie. Dopiero w 2016 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie oczyścił mnie z tych zarzutów i uniewinnił.

Wspomniałeś sprawę gimnazjum nr 42 przy ulicy Twardej 8/12. Dzisiaj szkoła funkcjonuje już na warszawskim Mokotowie pod adresem Żywnego 25. Sprawa tej dzikiej reprywatyzacji była bardzo głośna i czy uważasz, że najważniejsza?
Ta sprawa myślę, że jednoznacznie pokazuje, że Maciej M. miał bardzo duże poparcie wśród lokalnej Platformy Obywatelskiej. Zlikwidowano jedno z najlepszych gimnazjów w Warszawie. Tak naprawdę, bez żadnych przyczyn. Bez żadnych powodów. Jak zajrzy się do dokumentów, to okazuje się, że w momencie podjęcia decyzji o likwidacji gimnazjum, nie było żadnego powodu, żeby tę szkołę likwidować. Nie było decyzji o oddaniu nieruchomości, a Maciej M. posiadał w swoim ręku roszczenia do 5% tego terenu. Nagle ten człowiek doprowadza do likwidacji najlepszego gimnazjum w mieście. Absolutnie nieprawdopodobne i o tyle istotne, że w tej sprawie Rada Miasta przyjęła uchwałę na korzyść Macieja M., tutaj nie można mówić, że jest to afera urzędników średniego szczebla, bo mamy w to zaangażowanych radnych Platformy Obywatelskiej w Warszawie czy zarząd warszawskiej dzielnicy Śródmieście. Robione jest wszystko, aby Maciej M. mógł przejąć działkę wartą 100 mln zł w centrum miasta. Niesamowite i pokazujące naprawdę jego wpływy i myślę tę uległość, nazwijmy to „uległość” w cudzysłowie, lokalnych władz Platformy Obywatelskiej.

Jak już jesteśmy przy tym, to warszawskim Biurem Gospodarki Nieruchomościami kierował Marcin Bajko i Jakub R., ale pełnomocnictwa do wydawania decyzji w imieniu prezydent m.st. Warszawy miał ten drugi, czyli zastępca dyrektora. Czy nie wydaje się to dziwne? Czy to już nie powinno wzmóc czujności?
Śmierdziało to z daleka. Ta sytuacja była zupełnie nietransparentna. Wskazywała na to, że Marcin Bajko chce uniknąć po prostu jakiejś odpowiedzialności. Dzisiaj już wiemy, dlaczego chciał prawdopodobnie uniknąć odpowiedzialności, bo ogromna część wydanych przez BGN decyzji była nielegalna. Zwracaliśmy od dawna na to uwagę Hannie Gronkiewicz-Waltz. Mimo tego prezydent Warszawy tolerowała tę sytuację przez lata. Na razie Marcin Bajko uniknął zarzutów prokuratorskich i jest w świetnym humorze. Opowiada ze swadą, jak to bronił majątku miasta, ale prawda, myślę, że jest zupełnie inna. To Marcin Bajko występował o likwidację gimnazjum przy ulicy Twardej. Zresztą sam tę uchwałę przeprowadził pod obrady sesji Rady Miasta i w mojej ocenie powinien być również pociągnięty do odpowiedzialności.

Chmielna 70 – to chyba najgłośniejszy adres w całej Polsce. Sprawa reprywatyzacji tej działki trafia do ogólnopolskich mediów.
To był ten kamyczek, który uruchomił lawinę. Ta sprawa była bezpośrednim katalizatorem wybuchu afery reprywatyzacyjnej. Jednak gdyby nie zmiana władzy, to prawdopodobnie nic by się nie wydarzyło. Wreszcie prokuratura zaczęła wypełniać swoje obowiązki i zaczęła ścigać tych ludzi, którzy ewidentnie powinni być ścigani. Wcześniej w warszawskiej prokuraturze był „parasol ochrony” dla tego typu działalności. Prokuratura umarzała kolejne sprawy, a w najsłynniejszej sprawie zabójstwa Jolanty Brzeskiej długo utrzymywała, że w ogóle Jolanta Brzeska sama popełniła samobójstwo…

Druga mapa reprywatyzacyjna. To był efekt waszej kilkuletniej pracy.
To było podsumowanie naszych dwuletnich, czy nawet trzyletnich zmagań. Pokazaliśmy tam, jak wiele osób bierze udział w warszawskim układzie reprywatyzacyjnym. Właściwie wszystkie te osoby są jakoś tam ze sobą związane. No i zaczęły się kolejne pozwy. Sam już nie pamiętam, ile ich jest… sześć czy siedem… Na razie wszystkie sprawy wygrywałem, ale odpukać w niemalowane drewno. Kilka osób z drugiej mapy reprywatyzacyjnej jest już w areszcie we Wrocławiu. Więc jest wielka satysfakcja z tego.

Widzę cały czas, że wszyscy próbują cię pozywać z kodeksu karnego, a nie kodeksu cywilnego. A to droga cywilna wydaje się tą właściwszą.
Oczywiście. Moim zdaniem chodzi o to, żeby takie sprawy z powództwa karnego z prywatnego aktu oskarżenia są utajnione, czyli publiczność nie może w nich brać udziału. Myślę, że o to chodzi, żeby właśnie opinia publiczna nie mogła sama sobie wyrobić zdania na ten temat. Poza tym chodzi też o groźbę, bo sankcja w przypadku kodeksu karnego jest dużo poważniejsza. W najgorszym wypadku jest to rok więzienia. Także nie są to przelewki.

Powiedz mi: czy było warto?
Było. Ogromna satysfakcja. Zatrzymaliśmy ten proceder. Nie ma już dzikiej reprywatyzacji w Warszawie. Teraz przyszedł czas, aby naprawić te krzywdy i żeby pociągnąć winnych tej sytuacji do odpowiedzialności. Tak, żeby stanęli przed sądem. Osobiście czuję ogromną satysfakcję i wydaje mi się, że działalność oddolna organizacji pozarządowych ma sens. Możemy po prostu niezłomną postawą, odwagą zmieniać naszą rzeczywistość, nasze miasto i nasz kraj.

Autor: Kamil Myszyński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *