Rafał Rutkowski „Cztery Dychy”

Absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej (1996). Na swoim koncie ma role w wielu filmach oraz serialach telewizyjnych. Od 2009 występował w „Rozmowach w tłoku, w programie Szymon Majewski Show. Od 1996 roku związany z Teatrem Montownia, którego był współzałożycielem. Aktualnie promuje swój najnowszy program stand-up’owy: „Cztery Dychy”, w którym jedzie po bandzie nie oszczędzając nikogo! Zaczyna od siebie, a potem jest tylko śmieszniej. Spotkaliśmy się w Piasecznie, przy okazji występu w 8 Ball Clubie.

Wiele działań. Z jednej strony teatr, jest Pan współtwórcą Teatru Montownia. Z drugiej strony występuje Pan w Teatrze Polonia. Czy występy teatralne są dla Pana ważne?

Tak, z racji tego, że jestem aktorem i uważam, że dla aktora teatr jest miejscem, gdzie jako aktor mogę najlepiej zaistnieć. Wszystko, co wiem o zawodzie aktora, nauczyłem się w teatrze. Teatr jest jakby moim pierwszym powołaniem i zawodem. To teatr pozwolił mi grać w filmach, serialach, to z teatru wzięła się moja pasja do takich solowych występów, do stand-upu.

Reżyseruje już Pan w teatrze m.in. „Quo Vadis”. Czy to jest spełnienie własnych ambicji i celów zawodowych?

To zależy, ja nie mam ambicji reżyserskich. Tak się akurat stało, że z moimi kolegami z Teatru Montownia wpadłem na pomysł wystawienia Quo Vadis i pomyślałem sobie, że mniej więcej wiem jak to zrobić. Nie było to na tyle skomplikowane, żebym ja jako reżyser amator sobie nie poradził. Jednak na razie takich ambicji nie mam, żeby się przebranżowić, albo w ogóle zostać reżyserem. Kto wie może za parę lat, ale na razie jako aktor mam tyle zajęć, że mi to w zupełności wystarczy. Moja ambicje są kompletnie spełnione.

Szymon Majewski Show i popularne wśród widzów ”Rozmowy w tłoku”. Jakie to było dla Pana doświadczenie? Bo wielu widzów uwielbiało ten program.

Tak, pamiętam ten program. „Rozmowy w tłoku” były bardzo popularne. Stworzyłem tam kilka postaci, żeby było jasne ja nigdy nie byłem dobrym parodystą. Jednak możliwości, które tam dawała charakteryzacja powodowały, że ja tam tworzyłem trochę fikcyjne postaci tj. niemiecką stewardessę, króla Gabonu, menadżera Dody, byłem Gołotą, Tomkiem Lisem czy prezydentem Obamą. Najwspanialsze jednak było to, że jako aktor dostałem tam możliwość stworzenia kogoś o zupełnie innej fizjonomii, bez efektów komputerowych. Za co jestem bardzo wdzięczny.

W „Daleko od noszy” zagrał Pan dr. Szerloka Dżemsa Kraśnika.

Krzysztof Jaroszyński, który jest scenarzystą tego serialu, zatrudnił tam fantastyczną ekipę aktorów. Grają tam aktorzy, których oglądałem będąc dzieckiem: Krzysztof Kowalewski, Paweł Wawrzecki itd. Granie z nimi i bycie na planie zdjęciowym jest jedną wielką frajdą. Tak naprawdę czasami nie ważne było, co ja tam robię, tylko cieszyłem się, że mogłem z nimi przebywać w garderobie, rozmawiać. A po drugie humor jaki proponował Jaroszyński i to co pisał miało z jednej strony wielu zwolenników, z drugiej strony przeciwników. Mnie osobiście bardzo śmieszyło to, co on pisał w tych scenariuszach. Bo można było się po prostu powygłupiać, bo to było trochę granie grubą krechą. Na świecie jest sporo tego typu sitcomów, czy programów. W Polsce nie ma tego za dużo, „Daleko od noszy” jest taki ewenementem.

Stand-up zawsze kojarzymy z USA, ale polski stand-up zrobił niesamowity progres. Jak ważny jest dla Pana stand-up?

Bardzo ważny. Skoro mam dzisiaj zaszczyt wystąpić tutaj w Piasecznie. Powiem tak: to jest miłość, która gdzieś tam ewoluowała z aktorstwa, potem z solowych występów i one man show, aż po stand-up. Uważam, że nie ma bliższego kontaktu z widownią, niż forma stand-upowa. To jest super wyzwanie i to mi się podoba. Po drugie bycie na scenie w stand-upie to możliwość kreowania własnych treści, czyli sam sobie układam teksty, sam decyduję, co chcę powiedzieć. Tego aktor w teatrze czy w filmie nie ma. Aktor w teatrze dysponuje cudzym tekstem autora, scenarzysty, gra rolę dyrygowany przez reżysera. Stand-up jest formą takiej wolności scenicznej, jakiej nie daje żadna inna działalność – co mi się niebywale podoba. Z drugiej strony jest też ta ciemna strona tzn. jeżeli wyjdę i ludzie nie śmieją się, jeżeli nie zainteresuję ich moim programem, to nie ma gorszej kary, bo wtedy jestem sam na scenie. Ryzyko jakie ponosi stand-uper jest znacznie większe, niż ryzyko aktora, któremu danego dnia może słabiej pójść, bo aktor chowa się za rolą, za postacią, za scenografią. Także jak to mówią: „na dwoje babka wróżyła”, ale za to kocham stand-up.

W Polsce stand-up nadal jest świeżym gatunkiem. Wszyscy jesteśmy na równych prawach. Całe środowisko stand-upowe jest na tyle młode, że wszyscy się uczą od wszystkich. Podglądają się, wspierają. Myślę, że nie ma drugiego takiego jeszcze w miarę czystego środowiska, któremu zależy na tym, żeby robić coraz lepsze rzeczy. Szlifować teksty, materiały, budować swój wizerunek sceniczny bez oglądania się na inne rzeczy. Mam nadzieję, że potrwa to jak najdłużej.

Nowy program: „Cztery dychy”. Miałem okazję już obejrzeć jeden ze stand-upów dotyczących szwedzkiej inwazji w domu…

Pisząc teksty stand-upowe, człowiek czerpie z życia. Cztery dychy dlatego, że skończyłem czterdzieści lat, cztery lata temu. Więc jakby z tego punktu obserwuje świat.

Moja żona jest dla mnie ważna, a w dodatku urodziła się w Szwecji. Czemu więc tego wątku nie wykorzystać? Uważam, że to jest dosyć ciekawe. Nie każdy ma żonę Szwedkę, a ja mogę coś na ten temat powiedzieć. Poza tym myślę, że każdy czerpie z siebie, z obserwacji. Na tym polega stand-up. Nie da się zrobić dobrze stand-upu siedząc w domu. Trzeba wyjść do ludzi, obserwować, pojeździć autobusem, pociągiem, pogadać z ludźmi. Z tego czepie się inspirację.

Autor: Kamil Myszyński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *