Anna Zacharzewska „Hodowca Świń”

Anna Zacharzewska – ekonomistka, finansistka, pisarka. Przez 17 lat swojej kariery zawodowej w międzynarodowych korporacjach była związana z branżą doradczą, mediową i reklamową. Zasiadała w zarządach licznych spółek. Od roku skupiona na prowadzeniu własnego przedsiębiorstwa oraz twórczości literackiej. Jako pisarka zadebiutowała w 2015 roku. Hodowca Świń jest jej czwartą powieścią, która otwiera całkowicie nowy rozdział w jej karierze pisarskiej.

Praca w korporacji odniosła widoczne piętno na pani najnowszej powieści – „Hodowca Świń”. Czy pomysł na jej napisanie zrodził się jeszcze podczas pani pracy w korporacji, gdzie ciągle jest pęd, gdzie ciągle gonią nas ASAP-y, deadline-y?
Nie. To się zrodziło później, gdy już odeszłam z firmy. Natomiast samo środowisko było mi bardzo dobrze znane. Rzeczywiście stanowiło łatwą kanwę dla powieści. Jednak początkowy zamysł był taki, żeby pokazać psychopatę w jego naturalnym środowisku. Wszystko wskazuje na to, że tego typu osobowości w biznesie jest znacznie więcej. Dlatego dosyć logicznie złożyło się to w jedną całość.

Wspomnianym psychopatą w książce jest Rafał Tusza. Samo nazwisko jest dość ciekawe, bo bezpośrednio związane jest z branżą mięsną, w której firma Tuszy działa. Jaki on jest? Bo z jednej strony lider zespołu, ale też z drugiej autokrata?
Autokrata, manipulant, narcyz, egocentryk. A równocześnie człowiek o wielkich kompleksach, które gdzieś go popychają do tych wszystkich toksycznych zachowań. Człowiek, który jest self-made menem, który sam siebie wymyślił, stworzył. Zbudował wielką organizację, zaczynając od tego, że sam hodował świnie, sam był ich rzeźnikiem, sam woził je do punktów skupu. Z czasem zaczął rozwijać ten biznes, który w momencie, kiedy spotykamy bohaterów, jest już wielką firmą. Wręcz można powiedzieć, że korporacją prywatną. Natomiast w samym Rafale wciąż tkwią kompleksy wynikające z jego niedostatków wykształcenia, z niedostatecznego obycia, z braków w zapleczu kulturowym.

Tusza ma bardzo ciekawe i kreatywne pomysły, wobec których jego zespół nie potrafi się przeciwstawić. Kampania reklamowa z Lady Gagą, która miała promować produkty mięsne Tuszy.
Tusza ma wiele pomysłów, które w większości firm spotkałyby się z przyjęciem entuzjastycznym, gdyby ogłosił je prezes. W Tuszy jest wiele wizjonerstwa. To, że osiągnął sukces, nie jest wyłącznie wynikiem jego toksycznych działań, manipulacji, czy też przemocy psychicznej, jaką stosował wobec swoich podwładnych. Jest też wynikiem wizjonerstwa i dosyć dużej determinacji w dążeniu do sukcesu. Pomysł, aby Lady Gaga w swojej mięsnej sukni stała się twarzą wędlin i mięs jest świetny. Nie dlatego, że jest moim pomysłem, ale myślę, że stanowiłyby pewnego rodzaju rozwiązanie marketingowe, które spotkałoby się z natychmiastowym odzewem na YouTube i social media. Uważam, że sam Tusza jest skomplikowaną postacią i choć wielu moich czytelników mówi, że nie lubi tej postaci, że jest ona przerażająca, to dla mnie Rafał nie jest czarno-biały. Myślę, że każdy czytelnik, pokonując kolejne rozdziały książki, łapie się z czasem na tym, że Tusza, oceniając swój zespół, ma wiele racji. Patrzy na nich w sposób bardzo trzeźwy, pozbawiony złudzeń. Widzi ich bierność i oderwanie się od rzeczywistości. Dostrzega ich emocjonalne rozmemłanie… Nie potępiam Tuszy w czambuł!

Ulubiona postać z zespołu kierowniczego Tuszy?
Zdecydowanie Lena. Lenę budowałam na postaci mojej najlepszej przyjaciółki. Ma z niej bardzo dużo, chociaż nie jest jej bezpośrednim odzwierciedleniem. Lena jest typową czterdziestoparoletnią kobietą po przejściach osobistych, która w zasadzie poza pracą, nie ma żadnego innego życia… Jej dzieci są już dorosłe, mąż się od niej wyprowadził. Dlatego całą swoją uwagę koncentruje na życiu zawodowym. Przechodzi też trudny dla każdej kobiety moment, kiedy ma poczucie zbliżającej się nieuchronnie menopauzy i przechodzenia w strefę mroku. Ma lęki związane z tym, że traci siłę wynikającą z własnej atrakcyjności fizycznej, z kobiecości, że staje się przezroczysta dla mężczyzn. To bardzo rzutuje na jej zachowaniu w życiu zawodowym. Z jednej strony bardzo by chciała poczuć się kobietą, z drugiej strony ma całą masę obaw, jakiego rodzaju zachowania mogą wpłynąć na jej pozycję zawodową, czyli ma ten rodzaj wewnętrznego dialogu: „No chętnie bym się z kimś umówiła, ale co o tym powie branża, mój pracodawca, jak odbiorą to koledzy”. Lena ma w sobie niewiarygodną dawkę naiwności, bezkompromisowości, bardzo dziewczęcej, żeby nie powiedzieć naiwnej. Jest osobą, która w sposób bezpośredni i szczery adresuje nawet do swojego przełożonego krytyczne uwagi. Oczywiście to odchorowuje, ale gdzieś na koniec dnia jest najsilniejszą postacią z nich wszystkich.

Wyjazd integracyjny, który w końcu scala cały zespół. Jest najciekawszym fragmentem pani książki. To na tym wyjeździe poznajemy bohaterów z zupełnie innej strony. Decyduje o tym bardzo trudne zadanie, które wyznacza sam prezes Tusza.
Myślę, że jest to taki moment, którego po pierwsze oni się nie spodziewają. Wiedzą, że gdzieś pojadą, ale oczekują tego, czego zwykle się, spodziewamy po tzw. management forach czy wyjazdach top managementu… Wspólnych nasiadówek, na których opowiadamy sobie, jak to będziemy tworzyć świetlaną przyszłość naszej firmy, albo zajęć oddechowych pod okiem trenera lub jakichś innych idiotycznych zabaw team buildingowych, typu wspólne lepienie pierogów… Kiedy przychodzą na miejsce zbiórki nie poświęcają temu wyjazdowi żadnej refleksji. Nie zastanawiają się, gdzie jadą, nie zadają żadnych pytań. Wiedzą, że pojadą gdzieś na wieś, ale po prostu przyjmują to z dobrodziejstwem inwentarza. Dopiero kiedy znajdują się na miejscu, w dosyć dużym oddaleniu od miasta, zaczyna do nich docierać i to też z oporami, co tak naprawdę się dzieje. Wtedy, kiedy następuje ten pierwszy przełomowy moment, kiedy Tusza mówi: „To teraz oddajcie wszystkie swoje komórki. Jesteśmy tu i teraz wyłącznie dla siebie, tylko w swoim gronie”. Z jednej strony mają poczucie, że ktoś narusza ich granice prywatności, mówiąc: „wyjmij zawartość torebki i pokaż, czy nie zostawiłeś sobie ipada, albo drugiego telefonu” i widać, że w tym jest istotne przekroczenie ich bariery osobistej, a z drugiej strony poddają się temu. Efekt zaskoczenia jest tak duży, że nie potrafią w skuteczny sposób zaprotestować. Nawet jeżeli komuś podnosi się ciśnienie w trakcie tej sceny, to wszyscy solidarnie te komórki oddają. Co w mojej ocenie bierze się właśnie z zaskoczenia, z tej bezrefleksyjności i bezwolności, która ich skłania do wyjechania z Tuszą. Nie zastanawiają się, gdzie jadą i po co…

Zakończenie tego wyjazdu integracyjnego i samej książki pozostawimy czytelnikom, niech sami go odkryją. Jakie dalsze plany ma autorka?
Od pół roku nie piszę, co wynika z dosyć dużych zmian w moim życiu osobistym i zawodowym. Brakuje mi czasu i możliwości, żeby skupić się na pisaniu. Mam rozgrzebany jeden projekt – mówiąc kolokwialnie. Natomiast autor, który pisze systematycznie – tak jak ja na tyle regularnie, że w roku zwykle pojawią się dwie powieści, w momencie, kiedy ma półroczną przerwę i ma wrócić nagle do tych 150 stron, które wcześniej napisał… No cóż… To jest niezwykle trudne, bo trzeba odgrzać swój pomysł i powrócić do przebrzmiałych emocji. Piszę metodą stanisławowską, co jest bardzo wyczerpujące, bo muszę wcielić się w każdą z postaci, które opisuję . I nie wiem, czy kiedykolwiek będę umiała wrócić do bohaterki tej zaczętej i niezakończonej powieści. Bo przestała być częścią mojego życia. A ja sama jestem już w trochę innym miejscu, niż pół roku temu.

Autor: Kamil Myszyński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *