Agnieszka Lis „Latawce”

Agnieszka Lis – Pisarka, felietonistka. Z wykształcenia pianistka i dziennikarka. Wydała cztery powieści: „Jutro będzie normalnie”, „Samotność we dwoje”, „Pozytywkę” oraz „Karuzelę”. Jest autorką cyklu bajek dla dzieci „Przygody Pana Parasola”. Mieszka pod Warszawą, gdzie próbuje odnaleźć równowagę i harmonię w pędzie życia, w czym znacząco pomaga jej pisanie, nie tylko książek. Jest członkiem Stowarzyszenia Autorów Polskich.

Początek roku i już w połowie stycznia swoją premię miała pani najnowsza powieść „Latawce”…
Pierwsza, nie ostatnia…

„Latawce” to powieść o skrywanym smutku.
To akurat napisał mój wydawca, że jeszcze nikt tak pięknie nie mówił o skrywanym smutku. Coś w tym jest…

Historia, którą prezentuje pani czytelnikom w książce, jest oparta na prawdziwych wydarzeniach związanych z życiem głównego bohatera – Grzegorza. Jest to młody chłopak, który się zagubił w swoim młodzieńczym życiu.
Historia jest prawdziwa i usłyszałam ją od ojca bohatera, z którym kiedyś pracowałam. Był to jeszcze czas mojej pracy w korporacji. W firmowej kuchni piliśmy kawę i wtedy padło takie zdanie, które wypowiedział ojciec Grzegorza: „Mój syn był bardzo smutnym, mrocznym, pełnym wewnętrznej ciemności nastolatkiem, który nie potrafił sobie znaleźć miejsca. A dzisiaj jest już dorosłym człowiekiem, jest szczęśliwy i się uśmiecha, tylko nogę w zastaw zostawił”. W pierwszej chwili nie zrozumiałam komentarza dotyczącego nogi. Bo trudno jest sobie wyobrazić, jak można zostawić nogę w zastaw… Okazuje się, że można i to niezwykle dosłownie. Rzeczywiście historia przytoczona w „Latawcach” jest o wielkim wewnętrznym smutku i depresji, która dotyka młodego człowieka. Nikt w odpowiednim czasie Grzegorzowi nie pomógł i nie zainteresował się tym, co myśli, co się z nim dzieje. Jednak jest to historia z bardzo pozytywnym przesłaniem. Kiedy już kończyłam rozmowy z Grzegorzem, to było już kilka lat temu, powiedział mi: „Dzisiaj kocham i jestem kochany”. Na miesiąc przed ukazaniem się książki, kiedy była już okładka (tekst Grzegorz zatwierdził dużo wcześniej), zadzwoniłam do niego. Chwilę rozmawialiśmy i zadałam mu pytanie: Czy dzisiaj tak samo by powiedział? Że kocha i jest kochany? Odpowiedział, że tak. Dla mnie jest to niezwykle budujące i pozytywne przesłanie, że można i trzeba walczyć o siebie. Oczywiście niekoniecznie w taki sposób jak Grzegorz. Jednak warto i nigdy, za żadne skarby, nie należy się poddawać.

W pani książce bardzo dobrze widoczna jest relacja: rodzic-dziecko. Wspominał choćby o tym Grzegorz, że był kochany od swoich młodzieńczych lat. Tylko mam wrażenie, że nie potrafił dostrzec tej miłości, jaką okazywała mu jego mama i dziewczyna. Niestety ojciec Grzegorza był od najmłodszych lat, daleko od swojego syna…
Ojciec był wielkim nieobecnym w życiu Grzegorza. Zresztą tak jest chyba po dzisiejszy dzień. Po ukazaniu się powieści „Latawce” spotykam się z różnymi komentarzami czytelników dotyczącymi mamy Grzegorza. Niektórzy oceniają ją bardzo pejoratywnie, a ja bym tego tak nie oceniła. Uważam, że ona bardzo kochała swojego syna. W książce jest taka scena, krótki dialog, w którym mama Grzegorza rozmawia ze swoim nowym partnerem na temat zaufania do swojego syna. Partner uważa, że powinna „wziąć w garść” Grzegorza i twardą ręką nim wstrząsnąć. „Ty mu cały czas ufasz” – mówi partner i jest to zarzut. A matka Grzegorza odpowiada: „Tak, ufam i będę ufała”. Taka jest matczyna miłość. Jej się nie da przełożyć na proste kategorie, jest subiektywna. Matczyna miłość nie polega na rozliczaniu swojego dziecka z każdego plusa i minusa. Tak po prostu nie można… Matki tak nie kochają. Moim zdaniem matka Grzegorza bardzo kocha swojego syna. Oczywiście robi to na swój sposób, tak jak najbardziej potrafi.
Czy powieść jest też przestrogą dla rodziców? Po przeczytaniu książki mam wrażenie, że matka Grzegorza nie widzi problemu narkotykowego syna.
Na pewno trochę tak. Wielu czytelników ją właśnie w ten sposób postrzega. Że jest to książka dla rodziców nastolatków. Właśnie mi się przypomniał przykład – z życia wzięty. Nasi znajomi mają syna, który jako nastolatek miał bardzo poważne problemy z utrzymaniem równowagi. Wręcz się zataczał. Kręciło mu się w głowie, tracił kontakt z rzeczywistością. Właściwie nie było wiadomo, co się z nim dzieje. Kiedy w końcu trafili do szpitala, to lekarz najpierw zrobił mu testy na obecność w organizmie alkoholu i narkotyków. Dopiero kiedy okazało się, że jest czysty, lekarz zaczął rozmawiać o leczeniu. Ostatecznie okazało się, że był to wirus, który wówczas był dość popularny u młodzieży. Powodował właśnie zaburzenia błędnika. Ojciec tego nastolatka, kiedy dowiedział się o testach na obecność używek nie krył swojego oburzenia. „Czemu pan nas nie zapytał? Przecież byśmy powiedzieli, że nasz syn nie bierze używek”. Na to lekarz uśmiechnął się z przekąsem i odpowiedział: „Proszę Pana, rodzice dowiadują się ostatni”. Niestety, tak jest prawie zawsze…

W „Latawcach” znowu pani zastosowała niesamowitą konstrukcję, która zaskakuje. W książce mamy dwie narracje. Część czytelników wspominała, że to im przeszkadzało w lekturze.
Dosyć długo szukałam pomysłu na konstrukcję tej książki. Parę razy zaczynałam pisać w takiej typowej trzecioosobowej narracji, klasycznej dla powieści. Jednak uznałam, że temat się rozmyje, jeśli opiszę go tak „po prostu”. Taki tekst w ogóle nie miałby niezbędnej mocy, odpowiedniego wydźwięku. Dlatego bardzo długo zastanawiałam się i ostatecznie doszłam do wniosku, że ta forma musi być inna od ogólnie przyjętych wzorców. Po wielu próbach za najbardziej adekwatną formę uznałam rozbudowany dialog. Prowadzone są pomiędzy różnymi postaciami, domownikami i przyjaciółmi Grzegorza. Praktycznie pozbawiłam je didaskaliów. To oczywiście był celowy zabieg, który miał pozostawić przestrzeń dla czytelnika. Po to, żeby sobie wyobraził, co tak naprawdę się dzieje. Są oczywiście podkreślone pewne elementy rzeczywistości (nalepka na drzwiach czy zielona kurtka), ale generalne i ten tekst to ma być miejsce, w którym wyobraźnia czytelnika wypełnia się w sposób właściwy dla niego dla czytającego. Chciałam zostawić „powietrze” i nie zapełniać tej opowieści do końca. Żeby było miejsce na przemyślenia.

Pierwsza tegoroczna powieść już za panią. Kiedy premiera drugiej?
Premiera jest zaplanowana na początek lipca. Druga tegoroczna powieść jest już złożona, aktualnie jest na etapie ostatecznej korekty. Będzie to zupełnie inna książka od „Latawców”. Lżejsza, przyjemniejsza, letnia. Będzie to rodzaj sagi rodzinnej, jednotomowej, ale sagi rodzinnej, w której mamy właściwie cztery pokolenia. Najmłodsze jeszcze wprawdzie nie ma głosu, ale jest 😉 Myślę, że jest opowiedziana z dość nietypowej perspektywy. Jednak nie chcę tutaj za dużo mówić, by nie zdradzić wszystkich szczegółów.

Widzę, że czekają nas kolejne niespodzianki z pani strony.
Mam nadzieję, że nową powieść będzie się dobrze czytało. Moja redaktorka po pierwszym czytaniu, latem ubiegłego roku, napisała mi tylko jedno słowo: „Bardzo!”. To była dobra recenzja.

Autor: Kamil Myszyński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *