Agnieszka Lis „Karuzela”

Agnieszka Lis – pisarka. Z wykształcenia pianistka i dziennikarka. Przez wiele lat handlowiec w wielkich korporacjach. Autorka powieści Jutro będzie normalnie (2011) Samotność we dwoje (2011), Pozytywka (2016), Karuzela (2017) oraz cyklu bajek dla przedszkolaków Przygody Pana Parasola (2011 – wygrały „Konkurs na dobrą powieść” w kategorii bajek dla dzieci). Członek Stowarzyszenia Autorów Polskich oraz Stowarzyszenia Autorów i Wydawców Copryright Polska. Koszalinianka. Na studia przyjechała do Warszawy i tutaj została, a dokładniej pod Warszawą, z dala od hałasu i biegu.

Uczy muzyki, gry na fortepianie, prowadzi zajęcia „uczytelniające” dla dzieci – gdzie razem czytają, rysują i rozwijają wyobraźnię. Prowadzi warsztaty kreatywnego pisania i szkolenia pisarskie.

Opowieść o życiu, o rodzinie, o chorobie. Skąd pomysł na taką książkę?

Oczywiście z życia. Opowieść jest fikcyjna, ale leży tak blisko życia, że spokojnie za taką może zostać uznana. W swoim otoczeniu miałam trzydziestokilkuletnią dziewczynę, która zachorowała na białaczkę i w ciągu trzech miesięcy od diagnozy ją pożegnaliśmy. Nie była to moja bliska przyjaciółka ani nikt z bliskiej rodziny, mimo tego ta historia bardzo mnie dotknęła i niesłychanie mocno poruszyła.

Materiał na książkę zbierałam rok. W tym czasie śledziłam blogi i fora medyczne. Niesamowite dla mnie było czytanie blogów osób, po których te zapiski pozostały już tylko jako pamiątki. Można tam było przeczytać o walce z chorobą, determinacji, o próbie przetrwania. To był bardzo trudny czas, zbieranie informacji, wczytywanie się w wypowiedzi pacjentów, ich rodzin, lekarzy – to było jak emocjonalny roller coaster.

To, co zostało już wspomniane, to świetny wywiad medyczny. W książce poznajemy spectrum rozwoju choroby i to jest bardzo autentyczne.

Tą książkę konsultowałam z dwójką lekarzy. Jeden z nich jest onkologiem, to dr. Konrad Czapski, który pracuje w Centrum Onkologii w Warszawie. Nie miał żadnych uwag co do spraw stricte medycznych. Miałam oczywiście z tego satysfakcję, bo rzeczywiście pracowałam nad każdym detalem. Włącznie z tym jaki kolor ma chemia, którą można podać pacjentowi i jak zachowuje się organizm człowieka po kilku terapiach. Niestety mój „research” zawiódł mnie w kwestii szpitalnej codzienności. Tutaj dr. Czapski miał zastrzeżenia i uwagi. W tej sprawie miałam dość zabawną dyskusję z panią redaktor książki. W szpitalu przywożone są pacjentom obiady i w pierwszej wersji książki napisałam, że przywozi je kucharka. Lekarz nie zakwestionował tego sformułowania. Jednak pani redaktor zmieniła „kucharkę” na „salową”. Salowa jednak ma zupełnie inny zakres obowiązków, może co najwyżej wynieść talerz z sali chorych. W związku z tym zadałam pytanie panu doktorowi: kto przywozi posiłki pacjentom? Odpowiedź padła dość szybko, że salowa absolutnie nie, kucharka też nie, bo w tym szpitalu nie ma kuchni, jest tylko catering. No to kto? Odpisał, że nie żartuje ani ze mnie nie kpi, bo obiady przywozi pani…kuchenkowa. Ostatecznie po konsultacjach stanęło na kuchennej. Oczywiście nikt nie jest w stanie uniknąć błędów w 100%… ale nie zamierzam się do nich przyznawać 😉

Bohaterkę, Renatę, poznajemy w czasie choroby, ale to są dosłownie cztery miesiące jej życia. Na co dzień jest kochającą mamą, wychowującą dzieci, dbającą o dom. Głównie myśli o innych, często zapominając o sobie i swoich potrzebach. Historia Renaty to tak naprawdę historia wielu polskich kobiet.

Na pewno tak. Na jednym z moich spotkań autorskich zadałam swoim czytelniczkom pytanie: która z nich w ostatnim czasie zrobiła coś dla siebie, tylko dla siebie? Na sali było 35-40 kobiet, a tylko jedna podniosła rękę. Myślę, że jest to bardzo typowe dla kobiet w pewnym przedziale wiekowym i w określonej sytuacji rodzinnej. Wiadomo, że nie dotyczy to wszystkich. Wiele kobiet jest tak zapędzonych w dbaniu o dom, dzieci, swoją rodzinę, że często zapominają o zadbaniu o samą siebie. Choćby zrobieniu okresowych badań, bo przecież – standardowo mówią – nic mi nie jest, jestem zdrowa, wszystko w porządku. To jest chyba najczęstsza przypadłość kobiet, rezygnacja z siebie. Panowie potrafią bardziej postawić sobie zdrowe, rozsądne granice. Mówią: tutaj jest moja przestrzeń, mój czas, moje miejsce. Tak powinno się robić.

Renata zaczyna chorować… Ta choroba wszystko zmienia w życiu domowników. Nagle inni znajdują czas dla Renaty. Pojawia się mama, siostra, przyjaciółki, wszyscy chcą jej pomóc.

Myślę, że tak jest w życiu. Doceniamy bliskich nam ludzi wtedy, kiedy dociera do nas, że w życiu nic nie jest na zawsze. Często jest to moment przebudzenia i tutaj słowa ks. Tischnera święcą się neonowym blaskiem: „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”.

Jest wiele wątków pobocznych w pani książce. Wraca pani choćby do dzieciństwa głównej bohaterki Renaty, które na tle walki z chorobą wygląda dość sielankowo.

Chciałam pokazać tą bohaterkę nie tylko dzisiaj, tu i teraz. Zależało mi na tym, żeby wstała z tych papierowych kartek i stanęła przed nami jako postać, którą coś ukształtowało. Ona miała swoje własne życie, nie jest tylko mamą wychowującą dzieci..W przeszłości miała swoje barwne marzenia, które potem odłożyła ad acta. To wcale nie znaczy, że w czasie gdy ją poznajemy, już ich nie ma, ale nie pielęgnuje już ich. Chciałam pokazać, że właściwie każdy z nas, nawet najbardziej zabiegany szary pracownik korporacji, czy też mama wychowująca dzieci, w środku jest człowiekiem, który ma swój koloryt. A to między innymi wynika z tego, co nas ukształtowało. Kim byli nasi rodzice, w jakim środowisku się wychowaliśmy, do jakiej szkoły chodziliśmy, jakich mieliśmy kolegów, jakie były nasze pierwsze życiowe wybory. To wszystko ma znaczenie, przecież na nas wpływa. Jesteśmy kartą, którą nasze życie zapisuje. To chciałam pokazać, dlatego cofnęłam się i użyłam retrospekcji.

Poznajemy pasję Renaty, której nie zdążyła zrealizować. Dość przypadkowo na lodowisku, kiedy dzieci wyciągają ją na łyżwy.

Bo ona była łyżwiarką, którą kontuzja wyeliminowała z zawodowego uprawiania tego sportu, ale to była jej życiowa pasja. To jest moim zdaniem bardzo ważne, że ona tę pasję miała. Nie była nikim, miała swoje ambicje, sprawy dla niej ważne.

Wróćmy na chwilę do szpitala. Tam poznajemy różne osoby m.in. panią Henrykę z Warszawy, która ma dość ciekawy sposób mówienia. Jak czytałem książkę to mówię: „O Jezu jak się wysypali, ile jest błędów w tym fragmencie książki”…

Akurat w tym wątku nie ma błędów 🙂

Pani Henryka jest ciekawą osobą, bo zwycięża z chorobą, ale niestety jest zawsze sama w tej walce…

To jest zupełnie inna postać niż nasza główna bohaterka. To jest historia kobiety mocno dotkniętej przez los i życie. Radzi sobie, bo tak trzeba. Nie zadaje zbędnych pytań, bo po prostu tak musi być… Pani Henryka jest dość prostą, niewykształconą osobą. Jednak w tej całej prostocie pięknie pokazuje jak można zwyczajnie nie poddawać się.

Chciałam wspomnieć jeszcze o języku, którego w książce używa pani Henryka. Dialogi związane z tą postacią są napisane gwarą wolską. Dzisiaj już praktycznie nieistniejącą na warszawskich ulicach. Można ją jeszcze spotkać w felietonach lub różnego rodzaju wspomnieniach. Z tym związana jest drobna anegdota. Była dyskusja między moimi czytelniczkami o jedną z wypowiedzi pani Henryki: „Stary dobry był facet, ale nieobrotny, alpaga, jagodzianka i dulce go w sosnowe jesionke pchneli”. Czytelniczki żywo dyskutowały ze sobą: Co tą są te dulce? Jedna mówi: „No wiesz to też pewnie jakiś słodycz. No jak jagodzianka, to te dulce też muszą być jakimś wyrobem cukierniczym”. Oczywiście jagodzianka ani dulce to nie są wyroby cukiernicze. Sosnowa jesionka to trumna, alpaga tanie wino, jagodzianka denaturat, a dulce to papierosy.

Wróćmy jeszcze do jednej z głównych postaci w książce, do męża Renaty – Mateusza, który popełnia jeden błąd. Przypadkowo wychodzi to na jaw.

Myślę, że w pędzie życia bardzo łatwo jest się zagubić. Sytuacja, w której żona w domu cało etatowo opiekuje się dziećmi, a mąż pracuje w korporacji to układ, w którym mężowi zdarza się spojrzeć w inną stronę. Takie zdarzenia są typowe. Spojrzenie w bok jest wynikiem znużenia, wzajemnego braku czasu dla siebie. Może potrzeby przeżycia czegoś nowego albo zobaczenia siebie samego z trochę innej perspektywy. Nie koniecznie musi to być sygnał, że małżonkowie przestali się kochać, że im już na sobie nie zależy. Moi bohaterowie odnajdują na nowo swoją miłość, a najbardziej chyba Mateusz, który uświadamia sobie, że Renata jest TĄ kobietą i żadnej innej w swoim życiu nie chce. Przecież tamto zauroczenie było tylko chwilowe, głupie.

Sam finał książki jest bardzo wzruszający, zapadający czytelnikom w pamięć.

Tego chciałam, tego szukałam. Bardzo zależało mi na tym, żeby odejść od zbliżenia się do kategorii książki łatwej, lekkiej i przyjemnej dla czytelnika, którą to „Dzisiaj przeczytam, jutro zapomnę”… Może dlatego tak długo szukałam na nią formuły. Naprawdę dużo myślałam i warsztatowo pracowałam nad tym, jak ułożyć całość książki, tak aby pozostała w pamięci czytelnikom. Mam wrażenie, że to mi się udało. Same czytelniczki sugerują, że jest to książka, której się nie zapomina. Jak się ją przeczyta, zostaje z czytelnikiem.

Odnoszę wrażenie, że pani książka idealnie nadaje się do ekranizacji filmowej.

Bardzo bym tego chciała. To jest moje marzenie. Oczywiście musimy zdawać sobie sprawę z tego, że ekranizacja jakiejkolwiek powieści to jest tworzenie zupełnie innego dzieła. Książka i film to muszą być dwa odrębne światy. Będą miały pewne elementy styczne, ale to na pewno nie będą te same historie. Z wielu istotnych przyczyn, chociażby technicznych i scenariuszowych. Poza tym pozostają kwestie czasowe i oczywiście scenograficzne, które w filmie muszą być zaplanowane zgodnie z pewnymi zasadami. W książce możemy sobie pozwolić na wszystko, bo autora nic nie ogranicza.

Jakie ma pani dalsze plany pisarskie?

25 czerwca swoją premierę miała książka charytatywna dla dzieci z domów dziecka i szpitali „Gwiezdne Marzenia”. Trochę się pochwalę, moja bajka została wybrana z około 400 nadesłanych prac do wydawnictwa Sofijka. Ostatecznie wybrano do publikacji tylko 30 , w tym moją. To niezwykły projekt, wszyscy przy nim pracowali za darmo. Poza drukarnią, dlatego została ogłoszona publiczna zbiórka i dzięki ofiarności czytelników udało się zebrać ponad 22 tys. zł. Dzięki temu nie tylko została wydana książka, ale także gra i został nagrany e-book dla dzieci.

W drugiej połowie roku będą reedycje dwóch moich pierwszych książek: „Jutro będzie normalne”oraz „Samotność we dwoje”. Obydwie książki ukażą się pod swoimi pierwotnymi tytułami, ale w innym wydawnictwie i składzie. Oczywiście powstaną nowe okładki, których jestem bardzo ciekawa, bo moje wydawnictwo „Czwarta Strona”, z którym aktualnie współpracuję jest znane z wyjątkowo pięknych okładek. W tym roku powinno także ukazać się na rynku amerykańskim wydanie książki „Samotność we dwoje”. Książka dla potrzeb tego rynku będzie oczywiście przetłumaczona na język angielski. Ma to być w drugiej połowie tego roku. W przyszłym roku planuję premierę dwóch nowych książek. Pierwsza powinna trafić do czytelników już w styczniu, a druga na jesieni przyszłego roku.

Autor: Kamil Myszyński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *